Co robić w czasie wolnym czyli jak się bawić przy obsłudze klienta – Z życia wzięte #2

Jednak nie spotkam się z profesorką we wrześniu. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że mi z tego powodu przykro. Jednakże każdy kij ma dwa końce – ostatnio pisałam o problemach związanych z sesją, a dzisiaj skonfrontujemy się z problemami, które się pojawiają po sesji. Każdy chyba kiedyś cierpiał na nadmiar wolnego czasu. To jest bardzo fajne uczucie, pod warunkiem, że ma się możliwość coś z tym czasem zrobić. Po obejrzeniu całego Netflixa, przeczytaniu wszystkich zaległych książek oraz, oddajmy sprawiedliwość, wywaleniu z roboty jakoś złapała mnie nuda.

Nie popracowałam sobie jakoś długo, bo najwidoczniej nie spodobałam się szefowej dokładnie tak samo jak ona nie spodobała się mnie, ale i tutaj tak po prawdzie nie mogę narzekać. Praca była mega nużąca, a że szefowa zabraniała nam nawet siadać, żebyśmy się nie leniły, to bardzo często polegała na staniu i czekaniu na klienta. Serio, nic tylko paść i zdechnąć z nudów. Najwidoczniej gastronomia nie jest moim powołaniem. Jednakże, jak powszechnie wiadomo, brak pracy łączy się z brakiem forsy, a mój budżet i tak jest nadszarpnięty z racji bycia biednym studenciakiem, który lubi przeceny na Steamie. Wycieczka do Norwegii, która plasuje się gdzieś w pierwszej dziesiątce na liście rzeczy do zrobienia, musi poczekać. Cholera, wycieczka nad polskie morze musi poczekać! Stać mnie co najwyżej na bardzo ostrożną wycieczkę do Żabki. Ratunek przed nudą został tylko jeden – osiedlowa ekipa.

Osiedlowa ekipa to specyficzna formacja, składa się z ludzi, którzy mieszkają rzut beretem i znasz się z nimi, bo musisz się znać. Od czasu do czasu zadzwonisz (najczęściej wtedy, gdy czegoś potrzebujesz), czasami się spotkasz i to głównie dlatego, że nie masz innych przyjaciół, z którymi mógłbyś się spotkać bo:

  • a) Twoi znajomi nie są przegrywami i mają pracę.
  • b) Twoi znajomi nie są przegrywami i wyjechali na wakacje.
  • c) Twoi znajomi nie są przegrywami i mają bogatsze życie towarzyskie.
  • d) Wszystkie powyższe.

Każdy ma co najmniej jednego osiedlowego znajomego. Ja mam dwie znajome – Izkę z bloku naprzeciwko i Sąsiadkę z mojego piętra. Sąsiadka, jak nietrudno się domyślić, wcale nie ma na imię Sąsiadka. Przedstawiła mi się wiele lat temu, gdy się wprowadzałam. Niestety, ona moje imię zapamiętała, a ja jej nie, a trochę niezręcznie po takim czasie zapytać. Izka w ogóle nie zwraca się do nas po imieniu, ale ona do wszystkich wokół woła po prostu „Ej, ty!”. Jak widać, ta taktyka się sprawdza. Jak się spotykamy to zawsze zrzucamy się po dwie dychy dzięki czemu stać nas na przekąski, wspólną paczkę fajek i czteropak. Z Sąsiadką fajnie jest się zrzucać, bo solidarnie się dokłada, ale nigdy nic nie je, bo wiecznie się odchudza i żyje tylko na sałacie, wodzie i papierosach. Izka też się odchudza – odkąd tylko się znamy Izka rozpoczyna dzień od czarnej kawy z kostką cukru, by przy obiedzie pozwolić sobie na jedno ciastko, a pod wieczór to już się nie hamować i jeść wszystko po kolei. Aż szkoda, że nie spotykamy się rano, wtedy wszystkie kupione przekąski byłyby moje. Ja przynajmniej nie jestem w tej kwestii hipokrytką.

Ad rem – zebrałam swoją osiedlową ekipę żeby wywołać burzę mózgów. Temat burzy: skąd wziąć kasę?

– Ja to bym sobie akryle zrobiła – mruknęła Sąsiadka przyglądając się swoim czerwonym szponom.

– Nie pytam, co byś sobie zrobiła, tylko skąd wziąć na to hajs – odburknęłam nieprzyjemnie. Siedziałyśmy na ławce w tym okropnym skwarze, bo Sąsiadka koniecznie chciała na dwór, aby sobie opalić nogi, więc musiałam pożegnać się ze swoim przyjacielem (tj. wentylatorem), a to niekorzystnie wpłynęło na mój behawior.

– Zacznijmy od tego, że żadna z nas nie ma pracy – zauważyła nie bez słuszności Izka, próbując otworzyć paczkę ciastek.

– Nie bez powodu – mruknęłam. – Trzeba rozruszać rynek pracy.

– We trzy? Śmiem powątpiewać w powodzenie planu. – Izka posłała mi kpiący uśmiech. – Poza tym, żeby rozkręcić biznes, to najpierw trzeba mieć pomysł na biznes, a to z kolei sprowadza nas do punktu wyjścia. Ej, ty! – Izka trąciła Sąsiadkę ramieniem. – Gdzie byś chciała pracować?

– Ja to tylko w branży beauty. – Komentarz miałam już na końcu języka, ale w ostatniej chwili się w niego ugryzłam. Sąsiadka, będąc mniej więcej w moim wieku, nie przepracowała w swoim życiu ani jednego dnia, bo jej mniemanie o własnych umiejętnościach było dalekie od rzeczywistości. Wciąż słała CV do wielkich branż, licząc na cud, mimo że doświadczenia nie miała żadnego. Z przykrością muszę również przypomnieć podział sąsiadów z poprzedniego postu – Sąsiadka zaliczała się z pewnością do grupy Bardzo Głupi. To był ten typ, co poziom angielskiego określał słowem „liquid”, a związki chemiczne to te, gdzie pary mają dopasowane znaki zodiaku. Nie muszę chyba mówić, że Sąsiadka bardzo dużo czasu spędza u wróżki Tetydy. Nie można jednak Sąsiadce odmówić, że nadrabia uprzejmością i uśmiechem, za który ortodonta pobudował sobie chatę. Trzymamy z nią tylko dlatego, że jest miła. No i dlatego, że dorzuca te nieszczęsne dwie dychy.

– Nuda – skwitowała Izka, wyrywając mnie z zamyślenia. Sąsiadka jedynie wzruszyła ramionami, najwidoczniej mając nasze opinie w poważaniu. – Ej, ty! – tym razem Izka zwróciła się do mnie. – Mój znajomy rozłożył na targu stolik i sprzedaje tam podróbki Louis Vuitton. Fantastycznie mu idzie!

– Jakoś nie czuję w sobie powołania do handlu naręcznego – mruknęłam.

– No oczywiście, ty zawsze na „nie” – zirytowała się Izka. – Sama chciałaś zacząć biznes, a teraz ci się nic nie podoba. – Niezadowolona sięgnęłam tylko po papierosa. Ta burza mózgów szła nam straszliwie topornie. Izka, jakby czytając mi w myślach, otworzyła piwo, aby usprawnić przepływ myśli.

– A ty co byś chciała robić, Izka? – wtrąciła się Sąsiadka.

– Zostanę programistką.

– Przecież ty nawet nie skończyłaś zawodówki – wyrwało mi się. Izka posłała mi mordercze spojrzenie, ale dzielnie je wytrzymałam. Po krótkiej chwili Izka skapitulowała.

– To prawda – przyznała i dramatycznie oklapła. – Mam wrażenie, że jesteśmy ostatnimi osobami, które powinny się brać za tworzenie jakiegokolwiek biznesu. Ja bez matury, Nikita na badziewnym kierunku, a Sąsiadka jest… No… Sąsiadką.

– Wypraszam sobie – odwarknęłam z urazą. – Jeszcze zostanę inżynierem.

– Ty? – Nawet Sąsiadka się zdziwiła.

– Tak. Inżynierem języka polskiego.

– Tia – rzuciła tylko Izka bez przekonania. – I co z tym właściwie chcesz zrobić? Na nauczycielkę nadajesz się tak dobrze jak na Miss Universe, czyli wcale. Nienawidzisz dzieci. – Szlag by to, prawdę mówiła. I co ja zamierzam zdziałać ze swoją pasją do języka? Nic! Zero. Nothing. Null. – Tak ci jeszcze przypomnę, że BONC jak na razie nie zbija milionów. – I tu nie miałam riposty, bo, cholera, tak przecież jest. Na razie.

– Dopiero zaczynam – zaczęłam się niemrawo bronić.

– Nie przejmuj się! – Sąsiadka poklepała mnie po plecach, tchnięta altruizmem. – Ja myślę tak: na razie po prostu zbierzmy forsę, wtedy będziemy miały co inwestować.

Nasza dyskusja zatoczyła koło, bo nie doszłyśmy do żadnego sensownego wniosku. Spochmurniałyśmy wszystkie. Z takim rozpędem raczej nie zawojujemy świata. To właśnie wtedy sobie pomyślałam, że nie pozostało mi nic innego, jak rzucić to wszystko w cholerę i polecieć do Vegas, coby tam wygrać fortunę. Potem jednak zerknęłam na stan konta i mi się przypomniało, że ledwo mi starcza na bilety autobusowe. Udało mi się wrócić do mojej wcześniejszej pracy i teraz robię w budowlanym. Przypomina mi to, dlaczego powinnam się przykładać do studiów. Nie mam nic do budowlanego, rzecz jasna, natomiast mam bardzo wiele do pracy, która wymaga kontaktu z klientem. Każdego dnia utwierdzam się w przekonaniu, że powinno istnieć prawo do pobicia jednego pajaca dziennie bez ponoszenia konsekwencji i jestem przekonana, że każdy, kto kiedykolwiek pracował w obsłudze klienta, zgodzi się ze mną. Klient to taka wredna cholera, której jedynym zadaniem jest zepsuć ci dzień. Oto klasyfikacja:

 

  1. Neutralny – ładnie się przywita, wyłoży towar, zapłaci i pójdzie.
  2. Milczek – porozumiewa się jedynie poprzez skinienie bądź pokręcenie głową. Widać, że chce opuścić teren sklepu jak najszybciej.
  3. Rozmówca – zagada, uśmiechnie się, nie utrudnia nikomu życia i po prostu jest uprzejmy.

 

Na tym kończy się lista Klientów Nieinwazyjnych. Pora przejść do tych drugich, trzymajcie krzesła i patrzcie co się będzie działo!

 

  1. Śmieszek – ma kompletnie w dupie fakt, że za nim rośnie niebotyczna kolejka, bo teraz to jest jego czas, który zamierza wykorzystać, aby poopowiadać dowcipy, które już w zeszłej dekadzie przydeptywały sobie brodę. Ty, będąc w pracy, nie możesz kazać mu się odpieprzyć, więc jedynie sie uśmiechasz i kiwasz głową, przez co Śmieszek myśli, że jest niesamowicie zabawny i tylko się nakręca. Gorzej, gdy kolejka za nim zaczyna się przerzedzać, bo wtedy dostaje kolejne cenne minuty, podczas których uraczy cię fantastycznymi anegdotami.
  2. Panicz – cały personel to jego pariasi, którzy powinni giąć się w ukłonach. Sam nie weźmie nawet taśmy z półki, bo mógłby się czymś zarazić, więc ty (jako parias) musisz mu ją podać. Najlepiej to w ogóle zebrać ekipę i obskoczyć z Paniczem cały sklep, bo może zachce mu się zadać pytanie, a przecież to nie on będzie szukał pomocnika. Oczekiwanie, że klient sam załaduje sobie na wózek dwa worki cementu to skandal. Jeśli przypadkiem Panicz złapie towar, który akurat nie ma metki, to Panicz się wracać nie będzie i niech pariasi się martwią. Co więcej, każda sekunda czekania, aż służba się uwinie z zadaniem, bardzo marnuje cenny czas, czego Panicz nie omieszka wytknąć.
  3. Milioner – postrach kasjerów. Jedyne nominały jakie posiada to 100, 200 i 500. Ma do zapłaty 6,99 i rzuca to nieszczęsne pięć stów. Można w każdym języku prosić o drobne, bo najzwyczajniej w świecie nie ma w kasie nawet tyle gotówki aby wydać, ale Milioner drobnych nie daje, bo mu na myjnię są potrzebne. Zaczyna się więc szalona wymiana pieniędzmi, tu rozmiana, tu szybkie przeliczanie, próba uratowania sytuacji… Można się starać, ale to i tak nie zmieni finału, który zawsze wygląda tak, że Milioner uzna kasjerki za nieprzygotowane do pracy.
  4. (T)Oporny – siedemnasty raz tłumaczysz mu w jaki sposób może uzyskać fakturę, a on i tak nie rozumie. Następnym razem gdy zawita do marketu zapyta o to ponownie. Nie rozumie po co ma brać fakturę, skoro mu nie jest potrzebna. Próbowałam mu wtedy wytłumaczyć, że skoro tak, to najprościej będzie faktury po prostu nie brać. To był błąd taktyczny. Umysł (T)Opornego działa na oprogramowaniu Vista – często się zawiesza i długo restartuje. Chyba możecie sobie wyobrazić, jak to się skończyło…
  5. Nocny Marek – najbardziej znienawidzony klient przez cały personel. Wszyscy chcą zamknąć sklep i iść do domu i wtedy, dwie minuty przed zamknięciem, wpada Nocny Marek. Nic sobie nie robi z komunikatów o zamknięciu, dalej się przechadza i wybiera towar. Nocny Marek bardzo często jest też perfekcjonistą, nie kupi byle czego. Nie przeszkadza mu nawet fakt, że jest jedynym klientem w sklepie i wszyscy pracownicy trwają bez sensu na posterunku, bo przez niego nie mogą wyjść. Nocny Marek wybierze, porówna i wyjdzie nic nie kupując, bo w Internecie taniej.
  6. Rozmówca–Debil – zły brat bliźniak Rozmówcy. Tak samo rozgadany, ale w zupełnie inny sposób. „Widzę, że kasjerzy się nudzą, to przyjdę, niech mają trochę roboty”, „ile płacę i czemu tak drogo?”, „A rabaciku żadnego nie ma?” – to tylko nieliczne z jego durnych zaczepek. Może nie byłoby to tak irytujące, gdyby nie to, że takich Rozmówców–Debili jest całkiem sporo i każdy myśli, że jest w tych swoich zaczepkach niezmiernie oryginalny. Często są zdziwieni, że nikogo nie śmieszą ich kapitalne żarty.
  7. Magister – zawsze pierwsze co robi, to leci na dział, który go interesuje. Tam szuka swojej ofiary (doradcy klienta) tylko po to, by pokazać, że wie lepiej. Motywy nie są nam do końca znane, fakt faktem jednak, że czego się nie powie to Magister i tak zrobi po swojemu. Żadna odpowiedź na jego pytania go nie zadowala, bo przecież można inaczej i Magister wie jak i chętnie opowie. Nikt nie lubi, gdy jakiś random peroruje o tym, jak powinna wyglądać nasza praca i dlaczego się na niej nie znamy. Gdy Magister wchodzi do marketu, wszyscy pracownicy nagle mają pilne sprawy do załatwienia, dokładnie w tym miejscu, gdzie Magistra akurat nie ma.
  8. Krzykacz – ten typ ma tę zaletę, że nie musisz się z nim dogadać, natomiast bardzo podnosi ciśnienie. On tu przyszedł popiłować ryj, poobrażać kogo tylko się da, przepleść to wulgaryzmami i zrobić burdę tygodnia. Oczywiście nic nie załatwi, bo tylko on gada, więc siłą rzeczy ciężko nawiązać konwersację i mu cokolwiek wytłumaczyć. Stoi tak, zwraca na siebie uwagę wszystkich, a jak już się wybluzga to sobie idzie.
  9. Głuszec – dzieli się na dwa podgatunki: standardowy i nowoczesny. Głuszec standardowy ma w dupie absolutnie wszystko, co się dzieje dookoła niego. Żeby usłyszał jakiekolwiek pytanie, to chyba trzeba by mu było je wykrzyczeć do ucha. Ciężko stwierdzić, czy egzystuje we własnym wyimaginowanym świecie, czy po prostu jest złośliwy, efekt jest jednak taki, że obsługuje się go trochę na pałę. Głuszec nowoczesny charakteryzuje się tym, że dodatkowo trzyma przy uchu telefon. Po co podchodzi do pracowników akurat wtedy, gdy rozmawia z kim innym, pozostaje tajemnicą. Pracownicy sobie, a głuszec sobie.
  10. Mecenas – jak sama nazwa wskazuje, klient zna się bardzo dobrze na prawie. Niemniej jednak poszukuje doradcy, coby się powywyższać. Częste zaczepki z jego strony to: „Bo trzeba myśleć, co się robi”, „trzeba się była uczyć, to by tu pani nie siedziała” i tym podobne. Nie dość, że drażni ciężko pracujących ludzi to traktuje ich z pobłażaniem (które im się przecież należy, czyż nie?). Wszystko dlatego, że mecenas, jak już mówiłam, zna się na prawie. Prawie wszystkim.

 

Mówi się, że uprzejmość nic nie kosztuje, ale jednak główną motywacją, żeby być dla powyższych miłym jest właśnie świadomość, że za to się bierze forsę, więc chyba powiedzonko niezbyt trafione. Widzicie z czym to się człowiek musi zmagać, żeby zarobić na papierosy? Mam szczerą nadzieję, że gdy następnym razem zwołam swoją osiedlową ekipę na burzę mózgów, to Izka i Sąsiadka okażą się bardziej pomocne, nie wiem, jak długo wytrzymam, żeby nie dać komuś w pysk.

Trzymajcie się!

3 komentarze

  1. Magister pisze:

    Phi. Napisałbym to lepiej.

  2. Patrycjana pisze:

    Aj Nikita… Znam twój ból, trzymaj się tam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *