Lepiej się potknąć nogą czy językiem?

Praca, którą teraz publikuję była pracą na studia! Zachęcam do zapoznania się z nią, bo myślę, że wciąż wpasowuje się w historie z życia wzięte

 

Zanim zaczęłam się zajmować pisaniną, to nie miałam pojęcia, że da się napisać o czymkolwiek. Dosłownie – o czymkolwiek. Dzisiaj na panel wzięłam galerie handlowe. W galerii handlowej będąc i zakupy robiąc nie można nić schrzanić, chyba że jest się mną. Jestem skrajnym introwertykiem, przebywanie w zatłoczonym miejscu przyprawia mnie o stan przedzawałowy, do takich miejsc zaliczają się właśnie galerie handlowe. Każdy, kto woli unikać innych ludzi, zna co najmniej kilka sposobów, by wyglądać na szalenie zajętego – po pierwsze: dzwoni się do kogoś i prowadzi niezbyt znaczącą rozmowę, która do niczego nie prowadzi. Po prostu trzeba udawać zajętego, żeby broń Boże nikomu nie przyszło do głowy nas zaczepić. Po drugie: nosi się wielkie słuchawki i udaje, że niczego się nie słyszy. Dzięki temu można bez wyrzutów sumienia zignorować znajomych, którzy nas wołają, a z którymi rozmawiać się nie chce. Po trzecie (i najważniejsze) – NIE ZADAWAĆ PYTAŃ. Poważnie, jeśli chce się szybko zrobić zakupy, to nie można nikomu zadać ani jednego pytania. W tym dniu, o którym chcę wam opowiedzieć, złamałam właśnie tę fundamentalną zasadę.

Wyruszyłam do galerii z bardzo prostą misją: chciałam zajść do jednego ze sklepów z akcesoriami domowymi i kupić kubki. Jeden z moich kotów parę dni wcześniej zrzucił z blatu suszarkę do naczyń, przez co większość szklanek nie przeżyła, a trochę wstyd podawać gościom herbatę w słoikach.

Zgodnie z zasadą numer dwa, założyłam na uszy ogromne słuchawki i parłam do przodu powtarzając sobie w głowie „tylko kubki, tylko kubki, tylko kubki”. Na wszelki wypadek nałożyłam też kaptur – nie tylko po to, by mnie nikt nie poznał, ale też po to, by witryny sklepowe nie kusiły dobrodziejstwem. Nie byłam aż taka głupia by się rozglądać, jestem tylko studentem, forsa sama się nie rozmnoży, więc oszczędzanie było jak najbardziej na miejscu.

Dokładnie wtedy popełniłam straszliwy błąd – uniosłam głowę i lekko ściągnęłam kaptur i, o Boże! Moim oczom ukazał się butik o nazwie wymyślnej na tyle, że nie dało rady jej ani przepisać ani tym bardziej powtórzyć. By jasno dać do zrozumienia, że miejsce nie jest dla pospólstwa, przy szybie wystawowej stała nieduża tabliczka z cenami. Ostatni raz tyle zer obok siebie widziałam na zdjęciu klasowym! Nie miałam jednak wystarczająco dużo siły, by po prostu butik wyminąć, bo na manekinie leżał żakiet, który nagle stał się najbardziej potrzebną mi rzeczą w całym moim życiu.

– Tylko przymierzyć, tylko przymierzyć! – powtarzałam sobie, wchodząc do butiku i modląc się, by moje szare komórki jednak podjęły ze mną współpracę.

Żakiet został jeden. Specjalnie dla mnie uprzejme panie ekspedientki ściągnęły go z manekina. Z bólem przyglądałam się sobie w lustrze – żakiet był zdecydowanie za długi, rąk mi z rękawów nie było widać, ale mój ból był spowodowany czymś zupełnie innym. Był spowodowany tym, że nie miałam odwagi teraz za żakiet podziękować i wyjść, a wywalić osiem stów na ciuch, który na mnie nie pasował raczej nie łapało się w granice odpowiedzialności. I to też nie tak, że miałam z dziesięć koła oszczędności, na koncie miałam osiemset dwadzieścia złotych i pięćdziesiąt sześć groszy. Niby stać mnie było na ten żakiet i jeszcze na jakieś kubki, ale… po cholerę mi ten żakiet? Ekspedientki oczywiście nie zwracały uwagi na to, że żakiet był na mnie co najmniej dwa rozmiary za duży, bo skakały dokoła mnie i zachwalały wygląd. Nie dziwiłam im się, opchnąć kurtkę za osiem stów to nie w kij dmuchał!

Postanowiłam jednak grzecznie odmówić. Otworzyłam usta.

Bardzo mi przykro, niestety uważam, że żakiet nie jest jednak dla mnie. Dziękuję paniom.

Niestety powiedziałam to tylko w głowie… Wrodzone sieroctwo dało się we znaki, bo język mi się potknął i ostatecznie wydusiłam jedynie „fajnie, poproszę”.

Oczywiście to też nie jest tak, że zapłacisz i sobie pójdziesz, zaczyna się lawina:

– A może jeansy?

– A może spodnie?

– A może pochodnie?

Szczęście w  nieszczęściu, że przez tę cholerną kapotę skończyła mi się kasa i miałam nie tyle odwagę powiedzieć „nie” ile nie mieć innego wyboru. Wychodząc z butiku z żakietem w torbie byłam na siebie wściekła. Inteligencja znów odmówiła mi posłuszeństwa, jak zawsze gdy w grę wchodzą interakcje międzyludzkie. Język potknął się na najprostszych frazach i przez to byłam o osiem stów lżejsza. Pozostawało mieć nadzieję, że jednak przyjmują zwroty, to za parę dni wrobię kogoś, by poszedł z żakietem i odzyskał moje pieniądze.

Obiecałam sobie, że tego dnia już z nikim nie będę rozmawiać, bo najwidoczniej między moim językiem a mózgiem nie ma nici porozumienia. Jeszcze tego brakowało, żeby wrąbać się w jeszcze większe finansowe bagno. I co ja teraz powiem rodzicom? Że jestem nieasertywna i niedostosowana społecznie, dlatego nagle z konta zniknęło ponad pół tysiąca? Boże kochany, czemu ja robię z siebie tego kretyna…

Wściekła i obrażona na wszystkich, a przede wszystkim na butik, który śmiał wyrosnąć na mojej drodze, ruszyłam w końcu do sklepu po nieszczęsne kubki. Teraz już nawet nie było szans, by sobie wybrać coś ładnego, bo będę musiała wziąć najtańsze i tyle. Głupi żakiet!

Parłam przed siebie jak lodołamacz, ignorując wszystkie bibeloty wokół i pracowników chcących mnie zaczepić, by zaproponować okazję życia. Nie mam czasu, nie mam pieniędzy, nie mam nic, proszę mnie zostawić!

Nagle… Są! Są kubki! Nareszcie! Ucieszyłam się tak bardzo, że zły humor przeszedł mi jak ręką odjął. Już sięgałam dłonią po opakowanie najprostszych, najtańszych białych kubeczków…

I wtedy ktoś popukał mnie w ramię. Odwróciłam się, chcąc wyglądać bardzo groźnie.

– W czym mogę pomóc? – spytał uprzejmie wyglądający ekspedient. Natychmiast zagotowałam się wewnętrznie. Przed oczyma wyobraźni pojawiły mi się dwie wizje – jedna taka, że bardzo grzecznie odmówiłam, wzięłam kubki i ruszyłam do kasy. Druga wizja zdecydowanie bardziej mi się spodobała, bo w niej sprzedawca stanął w płomieniach i już nie miał szans zawracać mi dupy, kiedy ja próbuję kupić tylko kilka kubków.

Niestety – mój język po raz kolejny tego dnia potknął się, pomylił i wypowiedział zdanie, które kompletnie nie pasowało.

– Potrzebuję kubków – wyrwało mi się i zaraz chciałam się za to spoliczkować. A czego innego mogłam potrzebować stojąc wśród półek wypełnionych kubkami?

– Oczywiście, mamy aż dwadzieścia trzy rodzaje kubków. Na pewno coś dla pani znajdziemy, woli pani jednolite, czy może jednak we wzorki? Oraz proszę powiedzieć czy kubki mają być porcelanowe, ceramiczne, czy może jednak metalowe… – Kiedy on mówił, ja gapiłam się na niego z szeroko otwartymi oczami. Błagam nie, tylko nie kolejna interakcja międzyludzka, jestem w to beznadziejna.

– Nie, nie NIE! – krzyknęłam nagle. – Nie chce wzorków… Chcę kubki. Zwykłe.

– To się fantastycznie składa, to nam zawęża poszukiwania jedynie do czternastu rodzajów – kontynuował uśmiechnięty sprzedawca. – No i musi pani wybrać kolor, wzór i materiał. Woli pani liliową porcelanę, czy może malowany metal, a może…

– Chłopie, daj mi najzwyklejsze kubki i rozejdziemy się każdy w swoją stronę! – miało to zabrzmieć jak groźba, ale wyszło raczej błagalnie.

– Może takie? – Ekspedient jakby mnie nie usłyszał i zaczął mi pokazywać urocze kubeczki w pszczółki na pomarańczowym tle. – Bardzo radosne i wiosenne. To co, bierze pani?

– Nie wiem – wyszeptałam. – Proszę pana, ja już nic nie wiem.

Zdałam sobie sprawę, że nic z tego nie będzie. Z moimi zerowymi umiejętnościami interpersonalnymi nie dam rady się od faceta uwolnić. Postanowiłam zrobić to, co każdy poważny dorosły robi w takich momentach – UCIEC! Złapałam pierwsze z brzegu opakowanie z kubkami, przycisnęłam je do piersi i ruszyłam biegiem do kasy, coby nikt mnie nie zatrzymał! To już ostatnia prosta, pocieszałam się, zapłacisz, wyjdziesz i ten koszmar się skończy!

Pamiętacie jeszcze o żakiecie? A pamiętacie o tym, że jestem tylko introwertykiem, który nie ma szczęścia? Jest takie powiedzenie, że jeśli coś może pójść źle to na pewno pójdzie.

Na ramieniu wciąż wisiała mi torba z żakietem, która zahaczyła o jedną z półek, na której była poustawiana porcelana. Półka zachwiała się niebezpiecznie, ja się przestraszyłam i potknęłam po czym wleciałam prosto w wystawioną zastawę. Osiem stów za żakiet nagle wydało się jedynie groszami. Leżałam w tej zastawie z żakietem w ręce i gapiłam się w sufit na zmianę klnąc i modląc się o cud.

Całą sytuacja mogła skończyć się dużo gorzej, bo zostałam obciążona tylko częścią kosztów – policja uznała że winę ponosi również sklep, w którym ciężko było się poruszać. Idę o zakład, że jak zapoznali się z materiałem dowodowym i zobaczyli jak bardzo nie radzę sobie w najprostszych czynnościach to po prostu zrobiło im się mnie żal.

I teraz niech ktoś mi spojrzy w oczy i powie, że lepiej się potknąć językiem. Może to i racja, pod warunkiem, że ma się chociaż trochę instynktu samozachowawczego i inteligencji. Taka osoba na pewno nie zamieni zwykłego wypadu do galerii handlowej w koszmar i nie ucieka przed każdym człowiekiem, bo niezbyt umie rozmawiać. Ale potknięcie się nogą też raczej nie jest zbyt popularne, nie sądzę, by co druga osoba doprowadziła sklep do kompletnego demolu. I jak tu wybrać co jest lepsze? W moim przypadku jedno wynikło z drugiego, jakbym umiała porozmawiać ze sprzedawcą, to bym nie musiała uciekać. Chyba lepiej w razie co potknąć się językiem, wtedy przynajmniej nie musicie płacić za swój kretynizm. O własne nogi potknąć się może każdy, ale język? Zazdroszczę ludziom, którzy się nie potykają. Tacy ludzie w życiu nie kupiliby żakietu za osiem stów tylko dlatego, że wstyd odmówić. A propos – butik nie przyjmuje zwrotów, to może ktoś chciałby żakiet w niebieskie paski?

PS Dostałam 5 ^.^

4 komentarze

  1. Aneczka pisze:

    Wciągnęła mnie ta lektura 😉 życie życie życie kochana. Następnym razem na zakupy zabierz mnie 🤭🤗😘

  2. Puszek pisze:

    Przy potknięciu językiem nie ma chociaż żadnych cielesnych dowodów…

  3. Patrycjana pisze:

    Dlatego kupuje się rzeczy przez internet xD Amen

  4. OnicNiePytać pisze:

    No ale kupiłaś te kubki?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.